Szanowne Koleżanki i Koledzy,
w ostatnich dniach stałem się mimowolnym bohaterem taniego przedstawienia, a ponieważ nie jestem pierwszym z nas, którego to dotyka i ponieważ uważam, że geneza wszystkich tego rodzaju historii ma podobne źródło, postanowiłem skreślić do Państwa parę słów tytułem wyjaśnienia i refleksji.
Mota się mnie w podejrzenie, że jestem skorumpowany. Że korumpują mnie od wielu lat i pacjenci, i firmy sprzętowe. Co więcej - dowodem na korupcję jest niezaprzeczalny fakt, że w mojej sprawie toczy się specjalne, tajne śledztwo prowadzone przez policję korupcyjną na zlecenie prokuratury. Poszlaki?
•Mam (podobno) większy dom niż inni. Właściwie rezydencję
•Mam trzy samochody
•Mam pękaty barek
Wszystkich tych przekrętów dokonuję chytrze za pośrednictwem specjalnie powołanej przeze mnie w tym celu organizacji pożytku publicznego o przewrotnej nazwie Neuro, która bezczelnie co roku publikuje w internecie szczegóły merytoryczne i finansowe tej, pożal się Boże, działalności. Dla zatarcia śladów, rzecz jasna.
Jestem - podobnie jak i Państwo - świeżo po lekturze artykułu w NTO, a także dyskusji, którą wywołał na forum internetowym. Cieszę się, że zarówno wydźwięk artykułu jak i tej publicznej dyskusji okazał się generalnie dla mnie niezwykle pozytywny, co może świadczyć, że nie tylko dziennikarze, ale i duża część społeczeństwa w coraz większym stopniu potrafi samodzielnie analizować i wyciągać wnioski (zwłaszcza te między wierszami). Jest mi tym bardziej miło, że - zapewniam Was - upublicznianie tego rodzaju problemów życiowych nie jest dla nikogo przyjemne, a na pewno nie jest przyjemne dla rodzin „bohaterów” doniesień z pierwszych stron gazet.
Bardzo długo zastanawiałem się, czy cichutkie przeczekanie całej sprawy nie byłoby dla mnie sensowniejsze. Ale… Po pierwsze - w żaden sposób nie mogę wpłynąć na wolność prasy i tego, co postanowiono napisać (i co jeszcze się będzie pisać). Po drugie - jestem absolutnie niewinny w tej sprawie, bo po prostu wiem, że nie mam nic wspólnego z żadną korupcją. Ani tą, dotyczącą styku „pacjent - lekarz”, ani tą ze styku „lekarz - firma”. Uważam, że dla zachowania czystości gry i jawności uczyniłem wiele więcej niż inni, właśnie zakładając Stowarzyszenie Na Rzecz Neurochirurgii Na Opolszczyźnie Neuro i cywilizując w ten sposób te kontakty, które ma każdy lekarz w Polsce i na świecie, a zwłaszcza lekarz kierujący oddziałem - z istoty funkcji narażony na korupcję. W związku z powyższym nie sądzę, że wywołanie „gniewu” organów ścigania może mnie dotknąć bardziej niż do tej pory, jeśli na łamach Biuletynu Informacyjnego Opolskiej Izby Lekarskiej opowiem o swoich z nimi doświadczeniach. Poza tym nie leży w mojej mentalności chowanie głowy w piasek w żadnej sprawie, co wynika poniekąd ze specyfiki mojego zawodu. I choć wiem, że ze sprawy wyjdę mocno opryskany błotem, to mam nadzieję, że moja ofiara nie pójdzie na marne.
Redaktor NTO znalazł temat dosyć ciekawy (twierdził, że znalazł go, w odróżnieniu od innych, w biuletynach NIK-owskich, a nie w anonimach), bo i kwestia zdrowia jest ważna dla każdego z nas - wcześniej czy później, a i temat zarobków i „sprawiedliwosci społecznej” nie jest nikomu obojętny. Przy okazji udało mu się jednak obiektywnie dotknąć faktu nie zawsze racjonalnych działań służb wymiaru sprawiedliwości - nie wydaje mi się by istniało społeczne przyzwolenie na brak profesjonalizmu z tej akurat strony, a na pewno jako społeczeństwo nie powinniśmy się takim działaniom bezradnie przyglądać, widząc naocznie ich negatywne skutki. I mówię to znowu nie tylko jako wspomniana „ofiara”, ale także jako obserwator znający się na „przedmiocie”, którego te działania dotknęły. Nie wydaje mi się, żeby kluczem do sukcesu w zwalczaniu korupcji i rozmaitych patologii społecznych były działania represyjne i mnożenie służb, zwłaszcza tajnych, i metod operacyjnych znanych z filmów sensacyjnych, a raczej prewencja polegająca na likwidacji wrażliwych, korupcjogennych miejsc styku „państwowe - prywatne”.
Przeanalizujmy jeszcze raz genezę, przebieg i skutki działań, które mnie dotknęły. Organa ścigania na podstawie anonimowych donosów rozpoczęły w 2005 (?), a więc wkrótce po wygranym przeze mnie konkursie na stanowisko ordynatora Oddziału Neurochirurgii WCM w Opolu, dość bezładną akcję kontroli wszystkich aspektów mojego życia. Informacja zawarta w artykule, uzyskana, jak mniemam od rzecznika prokuratury, jakoby śledztwo w mojej sprawie zostało wyłączone z jakiegoś postępowania w Rybniku jest, jak sądzę, nieprawdziwa. Z moich informacji wynika, że śledztwo to zostało wyłączone raptem w styczniu br. z (już obecnie umorzonego) innego postępowania, w ramach którego, nie wiedzieć czemu równolegle rozpoczęto wnikliwą analizę „rewelacji” zawartych w skierowanych przeciwko mnie donosach, zdanie po zadaniu, z dziwnym i niezrozumiałym założeniem nękania całej mojej rodziny (skąd taka aktywność policji skoncentrowana na mojej osobie na długo przed rozpoczęciem „mojego” śledztwa?). Nie wierzę by się to działo z inicjatywy samej prokuratury, domniemuję raczej nadgorliwości policji korupcyjnej, zwłaszcza po analizie relacji świadków opowiadających mi o sposobie ich przesłuchiwania przez jednego z głównych śledczych, który postanowił prawdopodobnie podjąć niejako przy okazji, na fali panującego wówczas klimatu przyzwolenia na takie akcje, śledztwo „trałowe” wobec doktora.
W tym miejscu muszę uczciwie przyznać, że działania prokuratury wobec mnie nie były (na szczęście) aż tak dotkliwe, jak w przypadku wspominanego w artykule „dr Mirosława G.”, którego aresztowanie doprowadziło w zasadzie do likwidacji kierowanego przezeń oddziału kardiochirurgii i odbiło się na ogólnych wskaźnikach działalności kardiochirurgicznej w całym kraju. Niestety - nie znaczy to, że pozostały one całkowicie obojętne i nie doprowadziły do pewnych negatywnych skutków, co postaram się w dalszej części wywodu udowodnić. Nawet takie delikatne, pośrednie uderzenie we mnie, rozwleczone w czasie, stwarzało przez te lata bardzo nieprzyjemny klimat wobec całej opolskiej neurochirurgii, gdyż jestem nie tylko ordynatorem, prezesem stowarzyszenia, konsultantem wojewódzkim, ale zwyczajnie najstarszym stażem neurochirurgiem - krótko mówiąc nauczycielem pozostałych kolegów. Na Opolszczyźnie działa poza mną 6 neurochirurgów. Wszyscy są moimi uczniami i wspaniałymi przyjaciółmi. Wszyscy zostali ukształtowani przez wpojoną im przeze mnie filozofię polegającą na przyjęciu założenia, że kluczem do sukcesu jest kształcenie, a drogą jego osiągnięcia jest ciężka praca i całkowite podporządkowanie życia temu zawodowi. Nie wszyscy po drodze temu wyzwaniu podołali (to – nota bene - zapewne geneza problemu pomówień), ale ci którzy wytrwali w swojej konsekwencji dzisiaj na pewno nie żałują, zarówno w aspekcie satysfakcji zawodowej, jak i materialnej. Z mojej inicjatywy i dzięki powstaniu Stowarzyszenia Neuro stało się możliwe szkolenie personelu o skali zupełnie bezprecedensowej w naszym kraju. Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że nie ma w Polsce drugiego ośrodka neurochirurgicznego, którego zespół zostałby tak gremialnie i tak intensywnie przeszkolony - co ważne u światowych liderów naszej specjalności, na najbardziej prestiżowych szkoleniach na świecie, w Europie i w Stanach, w miejscach gdzie do tej pory nie stanęła stopa polskiego neurochirurga. To otworzyło ogromne możliwości rozwoju - dość powiedzieć, że w ciągu minionych pięciu lat podwoiliśmy ilość wykonywanych operacji (z 700 na ponad 1500 rocznie), nie mówiąc już nawet o ich zakresie i innowacyjności. Znacząco poprawiliśmy wszystkie wskaźniki będące miernikami jakości i efektywności opieki neurochirurgicznej w województwie.
Wieści o dobrych wynikach leczenia roznoszą się wśród pacjentów błyskawicznie. Do leczenia w Oddziale ustawiła się długa kolejka chorych, o której dawniej moglibyśmy co najwyżej pomarzyć (nomen omen żródło kłopotów jak się okazuje). Osiągnęliśmy również wymierny sukces ekonomiczny. Oddział zawsze był deficytowy, przynosił WCM stratę. Obecnie, mimo wykorzystywania do leczenia najnowocześniejszych i bardzo kosztochłonnych procedur, przynosi Szpitalowi duży zysk i dzięki temu jest możliwe utrzymanie mniej rentownych obszarów działania WCM. Jest to skutkiem przede wszystkim niezwykłej w skali Polski wydajności pracy opolskich neurochirurgów. Dość powiedzieć, że przeciętny neurochirurg w Polsce wykonuje 100-120 operacji rocznie; w Opolu osiągnęliśmy bardzo wysoką europejską przeciętną (ponad 220/operacji rocznie na jednego neurochirurga). Duża ilość zabiegów pociąga za sobą lepsze wyoperowanie i lepsze wyniki leczenia. Za taką efektywnością pracy idzie również godne wynagradzanie, gdyż Dyrekcja WCM stwarza takie warunki wszystkim, którzy nie boją się ciężkiej i wydajnej pracy - jest to również ewenement w skali kraju, z którego powinniśmy być dumni, a którego byłem zawsze wielkim orędownikiem. Przeciętne wynagrodzenie kontraktowe neurochirurga na Opolszczyźnie wielokrotnie przekracza średnią krajową. Nie narzekam na swoją sytuację finansową, czuję się człowiekiem zamożnym (choć rezydencja na kredyt a samochody w leasingu) i nie uważam, że cnotą lekarza miałoby być życie w ubóstwie. Podobnie dobrze sytuowani są moi asystenci. Mam kolegów neurochirurgów w wielu krajach na całym świecie i nigdzie nie widziałem ubogiego neurochirurga, ale też nigdzie nie stanowi to powodu do jakiejkolwiek zawiści, niestety typowej dla reakcji spotykanych czasem w naszym kraju. Co ciekawe, mimo tak wysokich zarobków nie ma w Polsce zbyt wielu chętnych do wykonywania pracy neurochirurga. W Oddziale opolskim mamy trzy wolne etaty rezydenckie i miejsce dla przynajmniej jednego dodatkowo kontraktowego neurochirurga - wolne mimo rozpisywanego co pół roku konkursu. Tak więc dostęp do tak lukratywnego zawodu, jakim jest zawód neurochirurga nie jest w żaden sposób strzeżony przez korporację, wręcz przeciwnie - jest szeroko otwarty dla wszystkich chętnych. Problem polega na tym, że tych chętnych nie ma, bo poza niewątpliwą satysfakcją zawodową i materialną, jaką daje, stawia też przed kandydatem wysokie wymagania. Otóż żeby być neurochirurgiem trzeba być nie tylko choć odrobinę utalentowanym pod względem sprawności manualnej, intelektualnej i wyobraźni przestrzennej, ale także, a może przede wszystkim, bardzo pracowitym i całkowicie oddanym tej profesji - bez tego nawet nie ma co marzyć o powodzeniu. Moje wysokie dochody wynikają z ilości przepracowanych godzin oraz nieustannej gotowości na wezwanie; do tego spędzam ok. 50 godzin miesięcznie w praktyce prywatnej konsultując chorych. Godzin spędzonych na ćwiczeniach w laboratorium i na studiowaniu literatury fachowej, przygotowywaniu prac naukowych do prezentacji na kongresach, sympozjach i publikacji w czasopismach nie liczę, bo się ich nie da policzyć (mam tych publikacji na koncie, ponad 100, choć nie jestem pracownikiem naukowym).
Neurochirurgia to po prostu moje życie. Myślę o niej od chwili, gdy rano otwieram oczy, ale także często podczas snu w wyobraźni przeżywam jeszcze raz chwile z przeprowadzanych operacji. Także podczas relaksu: jazdy na nartach, gry w tenisa, nurkowania czy na żaglach myśli uciekają mi do moich pacjentów, ich problemów i analiz moich operacyjnych niedoskonałości. Pacjentów, których nie udało mi się uratować podczas mojej dwudziestoletniej praktyki mam ciągle przed oczami, podobnie przeżywam wszystkie swoje powikłania. Nie wyobrażam sobie, żeby można było wykonywać ten zawód w inny sposób. To niewątpliwie dotyczy także w jakimś zakresie innych specjalności medycznych, ale proszę mi wierzyć, że takie specjalności jak neurochirurgia czy kardiochirurgia są szczególne, ze względu na towarzyszące nam ciągle wyjątkowo duże obciążenie emocjonalne wynikające z istnienia cienkiej czerwonej linii rozdzielającej ogromny sukces od ogromnej porażki (których wszak nikt z nas nie jest w stanie w czasie swojej kariery uniknąć). Co ciekawe, ten dziwny brak naporu na pracę na neurochirurgii dotyczy także personelu pielęgniarskiego. Ileż wrogich komentarzy i zawiści generują bardzo wysokie kwartalne premie dla pielęgniarek neurochirurgicznych. Ale spróbujcie znaleźć chętną do tak intensywnej pracy na neurochirurgii...
Czuję się zawiedziony postawą organów ścigania. Mam żal do śledczych, bo wydaje mi się, że dysponując podłym anonimowym donosem swą aktywność powinny rozpocząć od zapoznania się z wyżej przedstawionymi danymi i zwyczajną rozmową ze mną, wszak w anonimie ja nie byłem anonimowy. Podobnie jak skądinąd bardzo sympatyczni inspektorzy NIK-u pilnujący publicznych pieniędzy swoją kontrolę powinni według mnie rozpocząć od badania bilansu Oddziału i oceny jak publicznym groszem się w nim dysponuje. Tymczasem kolejne kroki śledczych i ich konsekwencje wyglądały następująco:
•przesłuchania Prezesów firm sposorujących Stowarzyszenie i członków Honorowych Stowarzyszenia. Efekt? Brak wpływów od tych Sponsorów w kolejnych latach. W chwili obecnej na budżet Stowarzyszenia składają się niemal wyłącznie pieniążki pochodzące z 1% odpisu podatników deklarujących taką chęć w swoim rocznym zeznaniu i Stowarzyszenie, które tak zasłużyło się do rozwoju neurochirurgii na Opolszczyźnie zmierza ku swojemu finansowemu upadkowi. Kadencja Zarządu kończy się w przyszłym roku i zapewne także żywot tej organizacji wraz z nią
•przesłuchiwania pacjentów operowanych w Oddziale - według klucza ustalonego w donosie, a więc śledczych interesowały przede wszystkim wysokokosztowe specjalistyczne procedury na kręgosłupie szyjnym, rzadko lub wcale w owym czasie nie wykonywane poza Opolem. Efekt chyba mizerny, ordynator wciąż na wolności, a pacjentów odstraszyć się tak łatwo od dobrych lekarzy nie da
•inspirowana przez policję wielomiesięczna kontrola NIK-u. Kontrolerzy badali kolejkę w Oddziale Neurochirurgii. Efekt żaden, kolejka wzorcowa jak w żadnym innym Oddziale. Kontrolerzy badali dystrybucję pacjentów prywatnych w kolejce. Bez skutku. Badali dystrybucję pacjentów związanych ze Sponsorami. Okazuje się, że traktowani byli ze szczególną atencją, czyli czekali w kolejce obdarzeni uprzejmym uśmiechem. Podczas badania postępowań przetargowych wytknięto, że ordynator, który był uczestnikiem komisji w bodajże dwóch czy trzech przetargach był sponsorowany przez uczestników postępowania. Fakt pełnej jawności tego oraz skład komisji w kilkudziesięciu innych przetargach, w których członkami komisji byli i inni neurochirurdzy i lekarze innych specjalności (również sponsorowani, choć być może rzeczywiście nie tak jawnie) nikogo już nie interesował, tak jakby chodziło wyłącznie o znalezienie czegokolwiek na mnie!
Tu z sarkazmem muszę pogratulować sukcesu wywiadowczego, zwłaszcza, że wykrycie tych złych powiązań wymagało aż wejścia na stronę internetową Stowarzyszenia. Natomiast nikt nie zadał sobie trudu by sprawdzić, o ile taniej zakupiono system nawigacji w stosunku do oferty konkurencyjnej, czy jakie ceny za sprzęt czy implanty neurochirurgiczne uzyskuje WCM w porównaniu z innymi ośrodkami w Polsce. Zapewniam, że najkorzystniejsze, bo operujemy najwięcej i walczymy o każdy grosz jak lwy, bo od tego zależy ilu więcej zdołamy zoperować pacjentów.
Efekt kontroli NIK? Kolejne przetargi w szpitalu odbywają się na prostej zasadzie, że w przetargach neurochirurgicznych w komisjach zasiadają ortopedzi i stomatolodzy. To naprawdę sukces, zwłaszcza, że neurochirurdzy zasiadają w komisjach do przetargów radiologicznych. Szczyt hipokryzji, ale niekwestionowanej, zgodzie z prawem.
Kolejny krok śledczych: przesłuchania personelu w siedzibie firmy sprzętowej M., jednej z największych i najbardziej liczących się firm medycznych na świecie. Efekt nadspodziewanie fatalny. Rynek opolski jest dla firmy M. w skali Polski i świata niczym, przesłuchanie przez lokalnych policjantów zaskutkowało tym ogromnym sukcesem, że firma M. nie stanęła do udziału w kolejnych przetargach na implanty ogłaszanych przez WCM, odpuściła sobie rynek opolski, na którym działają śledczy dopatrujący się nieprawidłowości w zwyczajnych kontaktach handlowych. To generuje ogromne kłopoty. Potrzebne są interwencyjne zakupy u innych oferentów. Zmiana implantów na produkty innych firm pociąga za sobą konieczności zmiany instrumentarium, kolejne szkolenia personelu, ogromne zamieszanie. Ze stratą dla pacjentów i zdrowia szarpiących się z bezdusznym systemem zamówień publicznych lekarzy. Koszmar. Prezydent Lech Wałęsa podczas swoich kłopotów zdrowotnych po swój implant produkcji firmy M. musiał pojechać do Houston, pacjenci na Opolszczyźnie takie implanty mieli w swoim regionalnym szpitalu. Mieli... Podobnie upadł planowany wraz z firmą M. projekt stworzenia w Opolu ośrodka referencyjnego do leczenia złamań kompresyjnych kręgosłupa przy użyciu unikalnego w skali kraju aparatu do trójwymiarowego podglądu radiologicznego O-Arm, produkcji firmy M., który chciano nam udostępnić za symboliczną złotówkę, wiedząc jak ogromnym potencjałem fachowym dysponujemy, po to by promować tę metodę leczniczą w tej części Europy. Aparat zostanie wkrótce zamontowany w Zielonej Górze...
W tej sytuacji proszę zrozumieć moje ogromne rozgoryczenie i żal do służb. Wydaje mi się, że czasami brakuje w realizowanych przez te organy procedurach zwykłego prostego ludzkiego rozsądku i umiejętności odejścia od opisywania rzeczywistości wyłącznie w czarno-białych barwach, niedostrzegania subtelnych odcieni szarości. Wszystko to w okresie, gdy neurochirurgia wchodzi w okres generalnego remontu i przebudowy za pozyskane z Unii pieniądze. Za kilka miesięcy, podczas których będziemy działać w ograniczonym zakresie korzystając z gościnności Oddziału Ortopedii publiczność nie pozna Oddziału Neurochirurgii. Powstaną nowe przestronne, nowoczesne wnętrza socjalne dla personelu, piękne dwuosobowe sale chorych z własnymi węzłami sanitarnymi, nowoczesna sala intensywnego nadzoru pooperacyjnego.
Qui bono? Może chodzi o nowego maszynistę dla tak wspaniale rozpędzonej - jak to Pan Redaktor z NTO określił w swoim artykule - lokomotowy? Wszak kadencja obecnego upływa już na początku przyszłego roku. Powiem szczerze: coraz częściej myślę, by samemu wyskoczyć z lokomotywy pędzącej po tak niepewnych torach. Wielu moich kolegów ordynatorów ma podobne przemyślenia; wypalenie zawodowe spowodowane nieustalnym szarpaniem się z beznadzieją systemu za rzekomy prestiż, który ta funkcja przynosi....
Niestety. Ta smutna konstatacja rodzi się pod wpływem obserwacji wielu podobnych do mojej sytuacji, które wzburzyły nasze środowisko w ostatnim czasie. Oraz każe przypuszczać, że u podłoża zawsze leży podłość któregoś z nas. Co jest jej źródłem? Zawiść, zazdrość, maskowanie własnego braku zdolności, braku empatii, lenistwa? Studiuję anonimy skierowane przeciwko mnie do wielu instytucji, znajduję w nich klimat wypływający wprost z mojej własnej dyżurki lekarskiej. Te same, wprost identyczne frazy, ten sam literacki styl, co i w złośliwych komentarzach na forach internetowych. Nie trzeba być psychologiem policyjnym, by identyfikować autora w jednym z byłych współpracowników. Człowiek czuje się wobec takiej podłości bezbronny, zaszczuty, zmuszany do udowadniania własnej niewinności. Poddać się?
A może spokojnie usiąść do klawiatury i zacząć się wyżywać literacko na temat adwersarza: kłusownictwo, patologiczne upojenia alkoholowe, kleptomania, cudzołóstwo, etc. etc.
Ileż pomysłów i ileż miejsc, w które można rozesłać takie sensacje. Zabawa! Tyle, że kosztem (dla mnie) neurochirurgii…
Dr n. med. Dariusz ŁĄTKA
Ordynator Oddziału Neurochirurgii WCM w Opolu
Specjalista neurochirurg