REGION:: NIEZWYKŁY WYCZYN OPOLSKICH CHIRURGÓW
Zastąpili jeden kręg tytanową rurką
| |
Władysław Stodolny, emeryt kolejowy z Opola, 12 godzin przed
operacją żegnał się z synem. Mają tylko siebie, a pan Władysław
szykował się na unikalny zabieg dla ratowania życia. W piątek
przez 9 godzin lekarze Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu
- trzy zespoły chirurgów: naczyniowych, urologów,
neurochirurgów, plus anestezjolodzy, instrumentariuszki i
pielęgniarki - razem 17 osób przeprowadziło szereg
skomplikowanych operacji, z których najtrudniejsza dotyczyła
zamiany kręgu kręgosłupa na tytanową protezę. Operacja się
udała. W piątek wieczorem pacjent odzyskał przytomność.
|
|
| |
|
|
|
10 lekarzy i 7 pielęgniarek przez 9 godzin
pochylało się w piątek nad uśpionym na stole operacyjnym Władysławem
Stodolnym z Opola. Była to najbardziej niezwykła operacja w historii
Wojewódzkiego Centrum Medycznego.
W czwartek Stodolny wyspowiadał się u szpitalnego kapelana. Miał z tym
jednak duże kłopoty.
- Nie wiedziałem, co księdzu powiedzieć, bo ja właściwie nie grzeszę.
Tylko praca, dom, praca, dom, opieka nad synem... Boję się tego
krojenia, z nerwów aż piecze mnie skóra - powiedział "NTO" na 12 godzin
przed operacją.
A potem poprosił, aby za naszym pośrednictwem mógł zaapelować do
czytelników:
- Gdybym umarł na stole operacyjnym, niech ktoś zaopiekuje się moim
synem, bo on beze mnie sobie w życiu nie poradzi - powiedział ze łzami w
oczach.
Syn Władysława Stodolnego ma 21 lat, w dzieciństwie przeszedł porażenie
mózgowe. Niedowład nóg skazuje go na opiekę innych. Na razie jego
jedynym opiekunem jest 57-letni ojciec, emeryt kolejowy dorabiający
wykańczaniem wnętrz. Matka poszła sobie do innego mężczyzny, gdy
chłopiec miał 9 lat, od tamtej pory nie widziała syna. Chłopak nie ma
też już dziadków. Teraz siedzi u nóg ojca od rana do wieczora, a jak
musi iść na noc do domu, to wysyła sms-y: "Tato, smutno mi bez Ciebie".
Władysław Stodolny jeszcze tydzień temu nosił dziarsko worki z klejem i
pudełka z kafelkami. Nie wiedział, że w każdej chwili kręgosłup może mu
strzelić jak spróchniały patyk. Do lekarza poszedł, bo coś pobolewało go
w prawym boku. Myślał, że to torbiel na nerce, którą odkryto u niego
wiele lat temu i o której lekarz powiedział mu wtedy, że można z tym żyć
- jak z krzywym nosem. Ale to nie torbiel bolała - nerkę zjadał guz. I
był przerzut do kręgosłupa. Cały krąg wyjedzony przez nowotwór. Tak
wykazały badania. Stodolnego nie wypuszczono już ze szpitala.
- Wiedzieliśmy, że czeka nas niebywałe wyzwanie, ale je podjęliśmy, a
nasz szpital poszedł nam na rękę, bo od razu wiadomo było, że do
operacji trzeba będzie dopłacić, fundusz za całość nie zwróci - mówi dr
Zbigniew Florczak, neurochirurg.
Na czym polegała niezwykłość operacji w opolskim WCM? Po pierwsze
przeprowadzały ją aż trzy zespoły chirurgów: trzech naczyniowych, trzech
urologów, dwóch neurochirurgów. Plus dwóch anestezjologów,
instrumentariuszki i pielęgniarki operacyjne - razem 17 osób. Po
drugie...
- To pierwsza w województwie operacja, kiedy do kręgosłupa dochodzimy od
przodu, przez brzuch. - tłumaczył przed operacją dr Dariusz Łątka, szef
zespołu neurochirurgów. - Po trzecie wymieniamy pacjentowi kawałek
kręgosłupa, wstawiamy mu kawałek tytanowej rury w miejsce, które w
każdej chwili może strzelić, bo jest zrzeszotniałe. To zadanie nasze,
neurochirurgów. Po czwarte, żeby się do tego kręgosłupa dobrać, musimy
najpierw, mówiąc językiem ogólnodostępnym, obrać ten kręgosłup z żył i
aorty, które go oplatają. Panu Władysławowi zaatakowało kręg L-4,
najbardziej kłopotliwy, bo najbardziej niedostępny. To niezwykle
precyzyjna i niebezpieczna robota, w przypadku uszkodzenia aorty mamy 10
sekund, bo inaczej pacjent umrze. Żyłami i aortą zajmie się zespół
chirurgów naczyniowych. Ale najpierw będzie po piąte, czyli wycięcie
nerki zaatakowanej przez guz, tego dokonają urolodzy.
I tak przebiegła ta operacja, choć dodatkowo choremu wycięto jeszcze
zaatakowaną przez guz śledzionę. Reporterom "NTO" nie udało się uzyskać
zezwolenia na zrobienie zdjęć na sali operacyjnej.
Pan Władysław stracił dużo krwi, ale tu trzeba by wymienić "po szóste",
czyli chemodylucję, której poddany został pacjent. To zabieg wprowadzony
niedawno, polega na pobraniu przed operacją około litra krwi na zapas.
Ubytek uzupełnia się preperatami zastępczymi i podczas operacji pacjent
traci krew rozrzedzoną. Po wszystkim podaje mu się na powrót jego własną
krew.
- Bo co swoje, to swoje - mówi dr Marzena Wójcikowska, która pobrała
krew pana Władysława. - Organizm nie musi potem walczyć z obcym
białkiem. Ta metoda pozwala ponadto operować świadków Jehowy, którzy nie
przyjmują obcej krwi.
Neurochirurdzy Dariusz Łątka i Zbigniew Florczak, którzy najdłużej stali
przy stole, byli po operacji tak zmęczeni i rozemocjonowani, że stać ich
było tylko na krótkie oświadczenie:
- Było bardzo ciężko, ale udało się! Wszystko, co nowe, sprawia kłopot.
W końcu to żywy organizm, a nie plastikowy fantom.
Przez dwa ostatnie dni obaj neurochirurdzy trenowali na kawałku gumowego
kręgosłupa.
- To było jak składanie i rozkładanie pistoletu w wojsku. Nauczyłem się
tego na pamięć - mówił doktor Florczak.
Osłabiony narkozą i utratą krwi pacjent przebywa na oddziale
intensywnego nadzoru medycznego, gdzie każdy impuls jego organizmu
rejestrowany jest przez superczułą maszynerię. Jeśli w ciągu kilku dni
nie nastąpią żadne powikłania, które nie są niczym rzadkim przy tak
ciężkiej i skomplikowanej operacji, Władysław Stodolny przeżyje.
Jego syn wysłał mu w trakcie operacji kilka ciepłych sms-ów, ale tato
przeczyta je dopiero, gdy się na dobre wybudzi.
Zbigniew Górniak
zgorniak@nto.pl
Ostatnie zmiany: 13. Marca 2004 09:45
|
|