Blogi    Forum    Poczta    Randki   
 
 
 
 
 
  Wiadomości:   Kraj   Świat   UE   Gospodarka   Sport   Kultura   Nauka   Fotografie   Regiony
Opole



Edukacja


Inne serwisy


Kontakt

Piątek, 17 czerwca 2005

Siostry franciszkanki wystarały się o unikalną operację cierpiącej Michalinki

ZOBACZ TAKŻE

• Na czym polegała operacja (16-06-05, 23:00)


 Beata Łabutin 16-06-2005 , ostatnia aktualizacja 16-06-2005 18:57

Dzięki pionierskiej operacji, jaką przeprowadzili w czwartek lekarze w opolskim WCM, porzucona przez rodzinę dziewięcioletnia Michalinka przestanie cierpieć z powodu bolesnego napięcia mięśni, może nawet nauczy się siedzieć. Będzie to możliwe dzięki uporowi sióstr franciszkanek z Kietrza

Michasia dotąd leżała z nienaturalnie wygiętą do tyłu główką, wręcz dotykającą pleców. Ręce miała kurczowo przyciśnięte do ciała. Gdyby chcieć odciągnąć jej kciuk, trzeba byłoby użyć siły.

Miesiącami siostry z Domu Pomocy Społecznej w Kietrzu, gdzie mieszka Michalina, szukały sponsora, który wyłożyłby dla dziewczynki z ciężkim porażeniem mózgowym ok. 34 tys. zł. Udało się. Sześcioro sponsorów z Niemiec dało pieniądze na sprowadzenie dla dziewczynki drogiego, niezarejestrowanego jeszcze w Polsce leku i urządzenia do jego podawania: pompy baclofenowej, którą wczoraj wszczepiono Michasi pod skórę na brzuchu.

Smutna historia

Oddział neurochirurgii w WCM, czwartkowe południe. Michalina leży w łóżku. Różowa piżamka, włosy splecione w warkoczyk, przymknięte sennie ładne brązowe oczy. Za chwilę pojedzie na salę operacyjną.

- Ona chyba wyczuwa, że coś się dzieje, bo ciągle drzemie, to dla niej charakterystyczne, gdy coś ją niepokoi - mówi Teresa Kuziel, opiekunka Michasi, która przebywa z nią w szpitalu (ma łóżko na tej samej sali, w domu zostawiła własne dzieci, by towarzyszyć chorej dziewczynce).

Pani Teresa pracuje w Domu Pomocy Społecznej sióstr franciszkanek misjonarek Maryi w Kietrzu od 20 lat. Od pięciu, czyli od dnia, kiedy trafiła tam Michasia, dziewczynka jest jej ulubienicą.

- Dlaczego? Nie mam pojęcia - wyznaje pani Teresa. - Ona ma coś w sobie. Nie wiem, czy mnie widzi, czy słyszy, co do niej mówię, ale wiem, że reaguje na moją obecność. Jest taka kochana. Może dlatego tak ją lubię, że jest zupełnie bezbronna i zupełnie na mnie zdana.

- To nasze słoneczko - mówi siostra Iwona, która akurat wchodzi do szpitalnej sali, by zmienić panią Teresę. Pochyla się nad łóżkiem, całuje dziewczynkę.

Kiedy jesienią 1996 roku Michalina przyszła na świat w jednym z powiatowych szpitali, dostała 10 punktów w 10-stopniowej skali APGAR. Była krzepkim, dorodnym niemowlęciem, wydawałoby się takim jak inne. Jednak kiedy skończyła trzy miesiące, dostała pierwszego w swoim życiu ataku drgawek, które nie chciały ustąpić. Wymiotowała i słabła. Trafiła do opolskiego WCM.

Wkrótce było wiadomo, co jej jest: ciężkie mózgowe porażenie dziecięce.

Do dziś nie mówi, nie siada, nie je samodzielnie, nie ma kontaktu ze światem. Jej napięte mięśnie wyginają ciało w nienaturalny sposób, sprawiając ciągły ból.

Drugim domem Michasi stal się szpital.

Wreszcie, w 2000 roku, trafiła do domu pomocy w Kietrzu z odleżynami, które przeraziły opiekunów. - Ledwie udało się je wyleczyć, małej groziła nawet amputacja nóżki, ale szczęśliwie obeszło się bez tego - opowiada pani Teresa. - Od tamtej pory wciąż jest z nami. Jej matka to alkoholiczka. Ma co prawda prawa do córki, ale w ogóle jej nie odwiedza. U nas, w Kietrzu, jest dom Michasi.

Trzeba było działać

Kiedy dziewczynka zaczęła szybciej rosnąć, kurcze mięśni stawały się coraz silniejsze. - Podczas napadów skurczów jej głowa coraz bardziej odchylała się do tyłu, dziecko się po prostu dusiło - opowiada siostra Iwona. - Jej życie było zagrożone. Lekarz neurolog postanowił wypróbować nowy lek - baclofen. Poskutkowało, jednak jego doustne przyjmowanie niesie ze sobą skutki uboczne. Potrzebny był inny sposób, ale drogi - pompa, która pozwoli podawać lek bezpośrednio do rdzenia kręgowego. Postanowiłyśmy, że musimy pomóc Michasi.

- Tak do końca to nikt nie wierzył, że się uda - mówi pani Teresa. - Często dawano siostrom do zrozumienia, że mała jest zbyt chora, że lepiej pomóc innemu dziecku, które ma większą szansę na normalne życie. "Czyjemuś" dziecku, a nie takiemu "niczyjemu". Ale ona wcale nie jest niczyja. Jest nasza.

Siostry nie mają cienia wątpliwości, że warto było tak się starać, mimo że stan dziewczynki nigdy już znacząco się nie poprawi. - Warto, bo ona nie będzie tak cierpieć, będzie po prostu żyła - kwituje siostra Iwona.

Gdy bierze ją na ręce, wyraźnie widać, że twarz dziecka pogodniej. - Uwielbia być przytulana - wyjaśnia pani Teresa.

- To, że z dziewczynką nie ma kontaktu, nie oznacza, że jej organizm nie odbiera bodźców - mówi dr Paweł Kita z oddziału neurochirurgii w WCM, który kierował operacją. - Po wszczepieniu pompy Michalina odczuje wielką ulgę, no i będzie bezpieczna - dodaje.

 Wydrukuj  Wyślij znajomym  Podyskutuj na forum


Wasze opinie

Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych opinii.



Copyright © Agora SA˙•˙O nas˙•˙Reklama˙•˙Ochrona prywatności˙•˙Mapa serwisuPoleć stronę znajomym  |  Zgłoś problem lub błąd